Legenda o zbóju Kaku
Wpisany przez Dorota Skwark
poniedziałek, 23 września 2013 17:25
Przed wieloma wiekami Góry Świętokrzyskie słynęły z tego, że chętnie skrywali się w nich rozbójnicy. Jednym z największych i najpotężniejszych rozbójników w tych okolicach był Kak. Ten olbrzymi mężczyzna był tak silny, że potrafił sam przenosić wozy kupieckie, załadowane towarami, a wyrwanie potężnego drzewa wraz z korzeniami nie sprawiało mu żadnego problemu. Kak był samotnikiem. Twierdził, że nie potrzebuje nikogo do pomocy przy zbójowaniu, bo sam sobie świetnie daje radę, a i do podziału łupów także nie potrzebuje nikogo, bo sam może nim rozporządzać tak jak chce. I tak robił. Nie wszystkie łupy Kak zostawiał sobie. Jak przystało na prawdziwego zbója, łupił bogatych, a rozdawał biednym i temu zbój Kak pozostawał wierny.
Pewnego dnia przez świętokrzyskie lasy jechała kareta. Powóz był pięknie zdobiony, czwórka koni zadbana,a i woźnica strojnie ubrany.
- To pewnie goście do naszego zamku w
Chęcinach jadą – domyślał się Kak, który widział z ukrycia dość łatwy do zdobycia łup. – Ulżę koniom, może ich państwo wiezie ciężkie skrzynie z kosztownościami, to im je zabiorę. Koniom będzie lżej jechać, a kosztowności na zamku raczej są niepotrzebne, chłopom się bardziej przydadzą – stwierdził i wyskoczył zza drzewa, żeby zatrzymać karetę i czym prędzej zrealizować swój plan. Na początku wszystko szło gładko, wystraszony woźnica powstrzymał konie, nikt nie strzelał i nie krzyczał, czego się zbój spodziewał, a gdy Kak otworzył drzwi karety, oniemiał z zachwytu nad urodą panny, która siedziała w środku.
- Witaj, piękna pani – przywitał się Kak.
- Kimże jesteś, że śmiałeś zatrzymać mój powóz w samym środku lasu? Jestem siostrzenicą samego biskupa i jeśli mi się coś stanie, zapłacisz za to – powiedziała panna dość odważnie, ale Kak nie bardzo się przejął jej słowami, tylkowciąż zachwycał się urodą panny, stał bez ruchu i nie mógł z siebie wydobyć ani jednego słowa. – Słyszysz? Bez względu na to kim jesteś, masz przepuścić karetę! – krzyknęła panna i wtedy zbój uśmiechnął się, mówiąc:
- Uroda twoja jest niczym szlachetne klejnoty, a że jam zbój, klejnoty zabieram, tak i ciebie, śliczna panienko zabiorę ze sobą – i chwycił pannę na ręce, po czym zabrał do swojej jaskini, a karetę puścił wolno.
Kak ugościł pannę jak przystało na prawdziwego zbója. Przygotował ucztę, a i maniery jego przypominały nieco dworskie, czym pannie zaimponował.
- Wybacz, pani, prosty ze mnie chłop i nie znam się na wielkopańskich manierach, ale wiem czym jest honor i jakem zbój, przysięgam, że nic ci u mnie nie grozi – powiedział Kak, siadając obok panny, która uśmiechnęła się, czując się przy zbóju całkiem bezpieczna.
Cały wieczór Kak opowiadał o swoim zbójowaniu i o tym, jak pomaga biedocie. A że panna na ludzką krzywdę była czuła, spodobało jej się, że Kakograbia bogatych nie tylko dla siebie, ale pamięta także o potrzebujących, o czym często zapominali mieszkańcy zamku.
- Muszę przyznać, że zaimponowała mi twoja postawa, Kaku – powiedziała panna. – Jesteś olbrzymiej postury i takie też masz serce, dobre dla tych, którzy sobie nie radzą.
Słowa dziewczyny były dla zbója niczym miód. Cieszył się, że przestała się go bać, a nawet zaczęła podziwiać. Całą noc rozmawiali jak dobrzy znajomi, całkowicie zapominając o tym, jak się poznali. Następnego dnia Kak pokazał dziewczynie starą lipę, w której ukrywał swój majątek.
- To jest nasze – powiedział do panny, pokazując całkiem pokaźny zbiór kosztowności. – Będziesz ze mną żyć lepiej niźli w zamku, chcesz? – zapytał, a gdy dziewczyna z uśmiechem potwierdziła, czuł się najszczęśliwszym zbójem na świecie.
Tymczasem biskup wysłał oddział na poszukiwanie siostrzenicy. Mieli też zająć się zbójem, który odważył się porwać pannę. Wojsko jechało przez świętokrzyskie lasy, dopytując o zbója, ale mieszkańcy nie chcieli wskazać drogi, bo przecież nie zdradza się przyjaciół.
Kilka tygodni trwały poszukiwania i nie było żadnego efektu. A Kak i siostrzenica biskupa zakochali się w sobie i nawet nie myśleli, że ktoś niebawem przerwie ich sielankę.
Pewnego dnia oddział biskupa znalazł się w pobliżu jaskini Kaka. Żołnierze usłyszeli głos dziewczyny i postanowili sprawdzić, czy to przypadkiem nie jest poszukiwana panna. Gdy z ukrycia przekonali się, że siostrzenica biskupa ucieka przed zbójem i chowa się za drzewa, wkroczyli do akcji. Nie przypuszczali, że panna i Kak bawią się w chowanego. Myśleli, że ona chce uciec.
- Stój! – zawołał dowódca oddziału, który mierzył w zbója z łuku – Nie zbliżaj się do panienki! Oddaj ją nam i nie waż się jej zrobić nic złego! – straszył Kaka, który stał zaskoczony wizytą oddziału. I kiedy zrobił krok w stronę panny, dowódca oddziału wypuścił z łuku strzałę, która przeszyła nie zbója lecz pannę, chcącą osłonić swego ukochanego.
Zrozpaczony Kak rozzłościł się na dobre. Zaatakował oddział, który nie szczędził mu strzał. Wkrótce zbój padł od zadanych mu ran tuż obok swojej ukochanej.
Tak zakończył się los zbója nad zbójami, który wcześniej czuł się najszczęśliwszym z ludzi, bo pokochał z wzajemnością pannę o pięknym licu i jeszcze piękniejszym sercu.
Na pamiątkę tego zdarzenie miejsce, w którym ukrywał się zbój Kak nazwano Kakoninem, a kosztowności ukryte w starej lipie przekazano na budowę kościoła w Bielinach. To, co z nich zostało rozdano biednym, tak jak życzyłby sobie tego sam zbój Kak.